Spotkanie z profesorem Mulliganem i Stanami Zjednoczonymi

 

Joanna Antoszewska-Smith

 

 

 

Natłok informacji wszelakich, pochodzących od atakujących nas zarówno kredytodawców (broń Boże, niezbyt chętnych do spłacania naszych rat), jak i „nosicieli” tzw. „okazji nie do odrzucenia” – to znak naszych czasów, nieprawdaż? Większość tych ofert to zazwyczaj bełkot dość bezwartościowy, ale wyjątek, jak zwykle, potwierdza regułę. Odstępstwo owo, i to na wielką skalę, to propozycja wycieczki do Stanów Zjednoczonych zorganizowana przez firmę Orto Trading. Atrakcja, jak się potem okazało, bezprecedensowa.

 

Wystartowaliśmy 21 maja z Okęcia, posłusznie podążając za naszym Wesołym i Niebywale Profesjonalnym Przewodnikiem oraz wypełniając polecenia – skądinąd dość głupawe – linii lotniczych. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że obowiązkowe podanie kodu ulicy, przy której leży pierwszy z kilkunastu hoteli, w jakim zatrzymujemy się na dwie noce, przejeżdżając całe USA w poprzek, nie służy walce z terroryzmem, a jedynie terroryzowaniu turystów. Ponieważ jednak do bezsensów różnej maści przyzwyczaił nas dożywotnio nieodżałowany kpiarz Stanisław Bareja, zupełnie niezbici z tropu, w doskonałych humorach i zintegrowani na pokładzie Airbusa 380, wylądowaliśmy w „Ziemi Obiecanej”.

 

Naszą cudną przygodę rozpoczęliśmy w San Francisco. Przywitało nas zwyczajowym chłodem – w końcu nie bez kozery Mark Twain powiedział, iż „najzimniejszą zimą, jaką przeżył, było lato w San Francisco”). Niezależnie od aury opisywane miasto jest godne obejrzenia: warto bowiem zobaczyć domy, za które trzeba zapłacić milionowe kwoty, co w zestawieniu z ich dość wątpliwą urodą tworzy interesujący „eklektyzm”. Odnosi się wrażenie, że jedyną wartością tych „urodnych” konstrukcji jest leżąca pod nimi działka wielkości… chustki do nosa. I tu szok kolejny: droga ziemia? W Ameryce? A jednak...

 

Zostawmy architekturę. W końcu San Francisco to miasto portowe – i tu już nie ma się do czego przyczepić. Golden Gate Bridge, Fisherman’s Wharf (Nabrzeże Rybaka) ze swoim urokliwym drewnianym deptakiem, gdzie można kupić dosłownie wszystko, łącznie z czereśniami wielkości małych brzoskwiń, molo numer 39 z panoszącymi się tam dumnie ulubieńcami wszystkich kanałów telewizyjnych lwami morskimi, restauracja „The Franciscan” z widokiem na ocean i Alcatraz, gdzie po „zaopatrzeniu” w firmowy śliniaczek pałaszuje się świeżo złowionego kraba… Po prostu poemat. A więcej? Słynny otwarty tramwaj, który, miast zawracania na pętli, obraca się na specjalnej platformie siłą mięśni czarnoskórych przystojniaków. Urokliwe widoki miasta – z wijącą się niczym węgorz, ukwieconą ulicą Lombard – wszystko to razem zapiera dech w piersiach i koniec, kropka.

 

Pożegnaliśmy zimne San Francisco, by zderzyć się z przysłowiowym „piekłem na ziemi”: Las Vegas. Ponoć – jak zapewniła mnie jedna z Uczestniczek naszej wycieczki – po kaszubsku oznacza to „las po pożarze“. Nie jest to informacja autoryzowana, choć dość śmieszna, więc pozwalam sobie ją zacytować. Nawiasem mówiąc, dużo zabawniejsza niż amerykańska parafraza „Lost Wedges” (utracone pensje), choć ta jest na pewno adekwatna do realiów. Jednoręki bandyta – w wersji XXI-wiecznej, bo bez ręki, za to nafaszerowany elektroniką – wita już na lotnisku, i to „stadnie”! Można więc być „obrabowanym” świeżo po opuszczeniu samolotu, nawet przed dotarciem do hotelu. A skoro o akomodacji mowa – Las Vegas to miasto kiczowatych, monumentalnych budowli, których „koszmarkowatość” zaczyna – z braku laku – wzbudzać zachwyt. W końcu – trawestując Gajosa w Żółtym szaliku – „trzeba się ratować”. W nawiązaniu do ocalania zamieszkaliśmy w hotelu Excalibur, którego nawiedzony architekt na pewno nie miał pojęcia, jak wygląda zamek. Stworzył raczej rodzaj fortecy: konstrukcje „basztopodobne” przykrył zjadliwie niebieskimi i czerwonymi kopułami, ale zapewnił taras dla płaczącej z tęsknoty za rycerzem, potencjalnie oswobadzanej księżniczki. Niestety, „piękno” budowli pchało wyobraźnię w kierunku czekającej na tarasie raczej pani Ogrowej (tudzież Ogrzycy), czyli damy urody nienachalnej, w miejsce bladolicej panny na wydaniu. Nie zmienia to zupełnie faktu, że ów szkaradny hotel – podobnie jak tysiące innych – jest tak oblężony, że trudno znaleźć w nim miejsce. Nie ma się czemu dziwić, bo nic nie przyćmi magii pokazu tańczącej fontanny przed hotelem Bellagio czy też sztuk Dawida Copperfielda in vivo. Jest to warte każdej ceny.

 

Cóż więcej o Mieście Grzechu? Należy być i dotknąć wzrokiem stripu z feerią świateł, zagrać w kasynie, stracić fortunę, spocić się niemożebnie przy najmniejszej nawet próbie opuszczenia hotelu przed zmrokiem... A wszystko to za własne, ciężko zapracowane dolary. I dobrze.

 

Kolejnego dnia wsiedliśmy do autobusu i opuściliśmy pustynne Las Vegas. Ponieważ nie sposób odwiedzić Nevady i nie podążyć śladem parków krajobrazowych, więc i nasza wycieczka nie ominęła tej jednej z najpiękniejszych atrakcji USA. Organizator ułożył plan podróży w taki sposób, abyśmy mogli spokojnie kontemplować niepowtarzalny urok takich miejsc jak Bryce Canyon, Zion Park czy Antelope Canyon. Zupełnie inaczej niż na standardowych wycieczkach dane nam było popłynąć jeziorem Powella do kanionu Antylopy, a także zwiedzić jej dolny kanion od strony ziemi. A wszystko z zapartym tchem. Wystarczy stanąć w tych miejscach, by zrozumieć, dlaczego Amerykanie zupełnie nie mają potrzeby opuszczania swojego kraju w sezonie urlopowym. Po co? Przecież cuda natury mają na wyciągnięcie ręki. Nie tylko znany i lubiany Grand Canyon z Horseshoe Bend – jednym z najpiękniejszych meandrów rzeki Kolorado. Choćby trasa z Flagstaff do Phoenix przez odbierającą mowę Sedonę: miasto w stylu kowbojsko-meksykańskim, zadbane, zielone i po prostu niebywale piękne! I nawet incydent przypadkowego posadzenia pupy jednej z Uczestniczek na kaktusie (towarzyszył owemu zajściu krzyk w pełni oddający grozę sytuacji) podczas pozowania do zdjęcia nie osłabił doznań – Poszkodowanej przede wszystkim.

 

Tak oto po kilku dniach zwiedzania nasz dzielny autobusik dowiózł nas na spotkanie z Profesorem Mulliganem. Temperatura w Phoenix niczym w trzeciej części przygód Kargula i Pawlaka: „bierz i smołę gotuj”. Zakwaterowano nas w luksusowym hotelu, w którym z werwą zgłębiliśmy tajniki wiedzy z dziedziny wektorów i momentów obrotowych… Było „pysznie i owocnie”. Z prawdziwym wzruszeniem obserwowaliśmy Wykładowcę, który – mimo słusznego przecież wieku – przekazywał nam tak trudną wiedzę w sposób – jak zwykle – niebywale przystępny. Aż się paliliśmy do wdrożenia wiadomości w praktyce. Przedtem jednak spędziliśmy niezapomniany wieczór z Profesorem i jego czcigodną Małżonką, czując się jak w Rodzinie i w Domu. Był to najbardziej wzruszający moment naszej eskapady.

 

Nazajutrz nadeszła pora pożegnania z południowo-zachodnią częścią USA – czekał już na nas Nowy Jork. Odprowadzeni przez uśmiechniętą menadżer hotelu Anię Krzywiec (vivat Polska) przebrnęliśmy przez kolejne lotnisko, mając niejasne przeczucie, podobnie jak na poprzednich, że już jesteśmy za coś aresztowani. Prześwietlani w czymś na kształt klatek, z rękami uniesionymi do góry, z nogami ustawionymi w wyznaczonych na podłodze miejscach… I wszystko po to, by po raz kolejny przekonać nas, że w połowie pełna tubka pasty do zębów o pojemności 200 ml jest groźnym narzędziem zamachowca, zaś pełna tubka pasty do zębów o pojemności 100 ml to atrybut najgrzeczniejszego turysty. Z punktu widzenia Profesora Mulligana i paru innych światłych ludzi, którym nieobce są zasady matematyki, fizyki, a przede wszystkim: zdrowego rozsądku, znowu dotykamy absurdu. Ja oczywiście poddawałabym się owym „racjonalnym” regulacjom z większą pokorą, gdyby tylko któryś z tęgich umysłów za nie odpowiedzialnych odpowiedział mi w dwóch słowach na pytanie: Why? Myślę jednak, że nawet nasz dociekliwy Mistrz Mulligan nie odkryje tej fundamentalnej prawdy. Zresztą, są jeszcze głupsze niż pasta regulacje, niezależne od kontroli osobistej. Wszyscy wiemy od Paulo Coelho, że zapisek o niemożności używania telefonów komórkowych na pokładzie statku powietrznego przetrwał w instrukcji czytanej przez stewardesy dobrych kilkanaście lat po tym, jak wprowadzono tzw. „tryb samolotowy”. Można więc – wbrew „rozporządzeniu” – w spokoju dzwonić z samolotu, nie lękając się o zakłócanie pracy urządzeń pokładowych, tylko płacąc za to wielokrotnie więcej niż normalnie. Cóż, stłumienie „groźnego” pola magnetycznego (z siłą Lorentza i równaniami Maxwella) bynajmniej nie jest zależne od finansów, ale te ostatnie wywierają bardzo ścisły i statystycznie istotny wpływ na zasobność kieszeni operatora. W końcu on też człowiek, zarabiać musi. I może dobrze, że akurat na nas: najbardziej zadowolonych turystach pod słońcem. Idąc dalej – na pokładzie samolotu wszystko jest płatne. Utrudnia to życie i pasażerom i personelowi. I żeby ów ciężki żywot urozmaicić amerykańskie linie lotnicze oferują w sklepiku pokładowym towary, które tylko u chronicznego ponuraka nie wywołują salwy śmiechu. Czy można bowiem zachować powagę, widząc takie ozdoby ogródka jak szkielet pieska, wyłaniający się z ziemi (wzorem kreta) zombie czy też plastikowa wiewiórka wisząca na drzewie w uprzęży taterniczej i hełmie? A nam się wydaje, że szczytem braku gustu i śmieszności są krasnale. Proszę zatem przestać oskarżać Amerykanów o brak poczucia humoru.

 

Zgodnie z przewidywaniami samolot do Nowego Jorku nie zboczył z trasy, mimo że wiele osób na pokładzie używało „komórkowców”: pilot wylądował bezpiecznie na lotnisku JFK. Miasto „Big Apple” – a konkretnie Manhattan – okazało się niezawodne, jeśli chodzi o bezmiar doznań: Empire State Building, Wall Street z bykiem do głaskania na szczęście, spektakl Mamma Mia na Broadwayu, Rockefeller Center z restauracją oferującą niezapomniane steki, Freedom Tower Memory Park: park-muzeum otwarty 2 tygodnie przed naszym przyjazdem do NY, ze spokojnie płynącymi kaskadami wody w miejscu zniszczonych wież World Trade Center i upamiętnionymi nazwiskami ofiar, Brooklyn Bridge, Central Park versus gąszcz betonowych drapaczy chmur, a przede wszystkim: zapach wolności! I jeszcze muzea bogate w eksponaty oraz mnóstwo „dziwaków- cudaków” na ulicach…Nie oszukujcie się Państwo: tego nie da się po prostu obejrzeć na zdjęciu! To należy „smakować własnymi oczami i uszami”. Ponieważ była to ostatnia część malowniczej podróży po USA, nadeszła pora powrotu do domu.

 

Na lotnisku w Warszawie pożegnaliśmy się z uśmiechami, które wszakże nie gasły od momentu rozpoczęcia tej pięknej przygody. I mimo że większość naszych fotografii przedstawia „mniej zachodnie” zachody słońca niż profesjonalne przewodniki czy też bardziej płaskie obrazy Wielkiego Kanionu aniżeli telewizja 3D, to wiem, że warto jeździć i zapisać wszelakie doznania wzrokowe na twardym dysku naszych umysłów.

 

I za tę możliwość – w imieniu swoim i Uczestników – dziękuję firmie Orto Trading: doskonałemu organizatorowi i inicjatorowi niezapomnianej zabawy połączonej z magią odkrywania świata. To taki ważny przerywnik w naszym trudnym, codziennym życiu.